środa, 8 sierpnia 2012

38. Urodzony, by śpiewać

LIVE AT THE HARLEM SQUARE CLUB, 1963
Sam Cooke
RCA
1985
*****

Ledwo parę dni temu wróciłem z Off Festivalu, który – oprócz kilku fenomenalnych koncertów (The Stooges, Swans, Converge, Blindead & Tides from Nebula, by wymienić parę) – przyniósł mi jedno dość zaskakujące odkrycie, a mianowicie Charlesa Bradleya, genialnego soulowego wokalistę, który spokojnie wytrzymuje porównania z Jamesem Brownem et consortes. Wspominam o Bradleyu po pierwsze po to, byście go posłuchali (na jego stronę wejdziecie klikając tutaj), bo naprawdę warto, a po drugie – bo Sam Cooke pewnie byłby z Bradleya – jako jednego ze swoich spadkobierców – dumny. A przecież ścieżki ich karier były diametralnie różne. 64-letni dziś Bradley – odkryty stosunkowo niedawno, debiutował płytą dopiero w zeszłym roku – przez całe życie miał pod górkę, dopiero teraz ktoś odkrył jego fenomenalne możliwości wokalne i naturalną charyzmę. Gwiazda Sama Cooke'a zaś zabłysnęła szybko – i równie szybko, w tragicznych okolicznościach, zgasła.
Karierę zaczynał śpiewając gospel, ale szybko postanowił sprawdzić się w popularnym repertuarze. Nie spotkało się to z przychylnym przyjęciem jego bliskich – czarnoskóra społeczność podejrzliwie patrzyła na muzyków gospel wykonujących świeckie utwory. Gdy jednak pierwszy singiel Cooke'a „Lovable” zdobył olbrzymią popularność, wokalista dostał błogosławieństwo szefa grupy gospel, w której wcześniej występował. A potem wszystko potoczyło się z prędkością huraganu – szczegóły można zresztą bez trudu znaleźć w sieci, nie będę więc tu wszystkiego powtarzał.
Cooke stał się gwiazdą w pełnym tego słowa znaczeniu. Stał się także ikoną czarnoskórej mniejszości walczącej o równouprawnienie. Był też jednym z pierwszych czarnych muzyków, którzy postanowili wziąć sprawy kariery we własne ręce. Założył wytwórnię SAR Records (nagrywał dla niej m.in. Bobby Womack), pisał samodzielnie większość wykonywanych piosenek. Bez jego gigantycznego sukcesu inaczej wyglądałaby prawdopodobnie cała soulowa scena: to dzięki Cooke'owi większą popularność zdobyli James Brown i Otis Redding, na jego wpływ powoływali się m.in. Stevie Wonder i Marvin Gaye.
Wydana w 2000 roku czteropłytowa składanka przebojów Cooke'a nosi bombastyczny tytuł „The Man Who Invented Soul”. Ale to wcale nie jest tytuł przesadzony. Na scenie był soulowym zwierzakiem – słychać to doskonale na „Live at the Harlem Square Club, 1963”. Trzydzieści parę minut występu porywającego od początku do końca. „Przed wami Mister Soul”, zapowiada artystę Curtis Ousley, i nie jest to jedynie próba zrobienia wrażenia na publiczności. Ludzie słuchający Cooke'a reagują żywo, entuzjastycznie i nic dziwnego – Sam od razu podbija ich serca. Jego utwory umiejętnie łączą soul, pop i elementy rock'n'rolla, ale to nie tylko przebojowe numery w stylu „Cupid”, „Bring It On Home to Me” czy otwierający koncert fenomenalny „Feel It (Don't Fight It)” działają na ludzi. To niebywała wprost charyzma Cooke'a, jego niezapomniany głos – gdy trzeba miękki i ciepły, innym razem szorstki – wreszcie jego sceniczny urok – doprawdy kobietom musiały mięknąć na jego widok kolana i serca, a mężczyźni mogli mu tylko zazdrościć. „Jeśli wokalista nie śpiewa z głębi duszy, to ja nie chcę go słuchać”, napisał na łamach „Rolling Stone'a” Van Morrison w tekście o Cooke'u. Sam – zwłaszcza na tej koncertowej płycie – wypełnia ów warunek stuprocentowo. To nie tylko soul jako gatunek. To manifestacja artystycznej duszy – człowieka cieszącego się odniesionym sukcesem i autentycznie szczęśliwego na scenie.
Koncert w Harlem Square nagrano 12 stycznia 1963 roku. Sam Cooke był wtedy u szczytu sławy i artystycznych możliwości. A potem wszystko diabli wzięli.
Jeszcze w 1963 roku w basenie przed domem utopił się jego półtoraroczny synek. Małżeństwo Sama, już wcześniej borykające się z poważnymi kłopotami, ostatecznie się rozpadło. Muzyk popadł w depresję, uciekał od rzeczywistości grając wszelkiego rodzaju chałtury. W grudniu 1964 roku został zastrzelony przez właścicielkę motelu w Los Angeles, rzekomo podczas próby napadu. Wszystkie okoliczności śmierci Cooke'a do dziś nie zostały wyjaśnione, natychmiast zresztą pojawiły się teorie spiskowe, według których Sam padł ofiarą rasistowskiego spisku – był bogaty, sławny, niezależny i przystojny, ale także czarny, co wielu osobom w Ameryce lat 60. musiało bardzo przeszkadzać.
Gdyby żył, miałby dziś 81 lat. Przy pomyślnych wiatrach być może nawet wystąpiłby na jednej scenie z Charlesem Bradleyem. „Niewielu ludzi potrafi dziś grać taką muzykę tak jak Sam Cooke”, pisał Van Morrison. „On był urodzony, by śpiewać”.

PS. I kolejna porcja wątpliwości związanych z datowaniem płyt. Opisywany koncert Sama Cooke'a odbył się rzecz jasna w 1963 roku – i pod taką datą znalazł się na liście 1001 płyt. Problem w tym, że po raz pierwszy został wydany 22 lata później – ponad dwie dekady po śmierci artysty, po wielkich sukcesach jego utalentowanych następców, w zupełnie innej muzycznej rzeczywistości. Dzieło Cooke'a nie starzeje się tak łatwo, ale jednak na liście powinna się chyba znaleźć w tym miejscu (lub odpowiednio wcześniej) jakaś inna jego płyta. No cóż, nie znalazła się, więc zostajemy przy harlemskim koncercie. Zwłaszcza że rzecz to naprawdę wysokiej klasy.

poniedziałek, 30 lipca 2012

37. Damn you, Phil Spector!

A CHRISTMAS GIFT FOR YOU
Phil Spector
Philles
1963
*

Mógłbym podać tysiąc jeden powodów, dla których przerwa w aktualizacji bloga trwała ponad rok. Tylko po co? Najlepiej będzie zwalić winę na Phila Spectora, bo gdy po raz pierwszy usłyszałem jego świąteczną płytę, zwątpiłem w sens jej opisywania - tak jest okropna. Są tu piękne utwory - jak otwierające album "White Christmas" Irvinga Berlina. Są dość utalentowane panie z grupy The Ronettes. Ale całość... Uff... Nie do przejścia. Ograniczę się więc do stwierdzenia, że ta płyta to dla mnie zamknięty (i na szczęście już niemal całkiem zapomniany) rozdział muzycznej edukacji. Nawet jeśli Brian Wilson miał powiedzieć, że to jeden z jego ulubionych albumów wszech czasów (przypomnę ci to, Brian, jak dojdziemy do Beach Boysów!).
I pewnie nie byłoby tego posta, gdyby nie parę spraw. Po pierwsze, muszę jednak zachować książkową kolejność płyt. Po drugie, nie mam przed sobą kolejnych 700 lat, źeby opisywać jeden album rocznie. Po trzecie - tu nastąpi mała reklama - zainspirował mnie do powrtou do blogowania mój przyjaciel z pracy, którego blog poświęcony rozmaitym popkulturowym gadżetom z czasów PRL-u śledzę z wielką radością. Zapraszam więc do Bufetu PRL, a co do tysiąca i jednej płyty obiecuję poprawę.
Który to już raz...
A Phil Spector - niczym James Bond - powróci.

niedziela, 3 lipca 2011

36. Ponad pokoleniami

THE FREEWHEELIN' BOB DYLAN
Bob Dylan
Columbia
1963
******

Boba Dylana do tej pory znałem tak jak niemal każdy, kto nie jest jego fanem, a choćby minimalnie orientuje się w historii muzyki rozrywkowej. Czyli kilkanaście kawałków, wyrwane fragmenty biografii, takie drobiazgi – raczej z gatunku takich, co każą mi kojarzyć „The Times They Are a-Changin” z genialną czołówką filmu „Strażnicy” Zacka Snydera niż z pokoleniowym hymnem. Dylan był więc dla mnie ikoną swoich czasów, postacią absolutnie godną szacunku, ale mniej już zasługującą na zainteresowanie.
Co za pomyłka.
Paru albumom opisanym na tym blogu wystawiłem już najwyższe noty, ale „The Freewheelin' Bob Dylan” jest jednym z najlepszych. Choć przez chwilę wahałem się nad oceną. Krótką chwilę, bo trzecim numerem na płycie jest absolutnie fenomenalny „Masters of War”. Jeden z tych songów, które oczywiście słyszałem już wcześniej (i zrobił na mnie olbrzymie wrażenie), ale dopiero w zestawieniu z całym albumem powala na kolana. To jedna z tych piosenek, których mogę słuchać kilkanaście razy z rzędu, cały czas czując, jak po plecach przechodzą mi ciarki. To ten poziom emocji, jakie wciąż wywołuje we mnie Julian Tuwim ze swoim „Do prostego człowieka” - a z punktu widzenia autora ten sam poziom niezgody na obłudę rządzących, na rzeczywistość, na kłamstwa, jakie nas otaczają. Naiwne? Tak. Ale przy tym mocne jak cholera. „Masteres of War” to cios pięścią między oczy – jeśli kojarzycie Dylana z pełnymi miłości latami 60. to posłuchajcie choćby ostatniej zwrotki tego numeru. Dylan śpiewa tam tak:
And I hope that you die
And your death'll come soon
I will follow your casket
In the pale afternoon
And I'll watch while you're lowered
Down to your deathbed
And I'll stand over your grave
'Til I'm sure that you're dead.
Nie ma już w tym nadziei. Jest wściekłość, pasja, gniew. Aktualne do dziś – wiele się od czasów, gdy Dylan pisał ten tekst nie zmieniło.
Taka jest cała płyta. Gorzka, boleśnie ironiczna. Manifest młodego człowieka, który ma nadzieję, że coś się zmieni, ale bynajmniej nie jest naiwnie wierzącym w ludzkie dobro naćpanym hipisem. Podobnie było na płycie Joan Baez, o której pisałem kilka tygodni temu. W czasach, gdy raczkujące zespoły rockowe wciąż śpiewały o spódniczkach, panienkach i imprezach, amerykańscy folkowcy kładli podwaliny pod kolejne pokolenia gniewu.
Na odrobinę luzu Dylan pozwala sobie dopiero na koniec płyty. W „I Shall Be Free” śpiewa:
Well, my telephone rang it would not stop
It's President Kennedy callin' me up
He said: My friend, Bob, what do we need to make the country grow?
I said: My friend, John,
Brigitte Bardot,
Anita Ekberg
Sophia Loren
Country'll grow.
Ale to i tak śmiech przez łzy.
„The Freewheelin' Bob Dylan” pewnie stanie się płytą, do której będę często wracał. Nie ze względu na jej wartość muzyczną – to przecież niewiele więcej niż folk grany najczęściej wyłącznie z towarzyszeniem gitary akustycznej, zabarwiony odrobiną bluesa. Ale teksty na tej płycie nie straciły nic ze swojej wagi. Słuchajcie tego, co Dylan ma do powiedzenia. Nawet jeśli wyda się wam to naiwne, trudno o bardziej rozsądne, wyważone, przejmujące słowa.