niedziela, 13 stycznia 2013

46. Król Solomon

ROCK'N'SOUL
Solomon Burke
Atlantic
1964
****

Przyszedł czas na kolejną arcyciekawą postać. Przed wami jeden z najważniejszych twórców soulu, a jednak, mam wrażenie, jakoś – przynajmniej nad Wisłą – mniej znany. A przecież jego nazwisko powinno być wymieniane jednym tchem obok nazwisk innych wybitnych twórców czarnej muzyki: Raya Charlesa, Jamesa Browna czy Arethy Franklin. Solomon Burke był jednym z tych artystów, którzy – kiedy ich kariera ruszyła z kopyta – nie zwalniali tempa. Pierwsza połowa lat 60. to najbardziej płodny i najciekawszy artystycznie okres jego twórczości, ale przecież Burke nie schodził ze sceny przez ponad pół wieku. Nawet w roku swojej śmierci (2010) zdążył wydać dwa nowe albumy studyjne! Zapracowany był zresztą na wszystkich polach – jego biografowie doliczyli się, że miał co najmniej 21 dzieci (z kilku małżeństw i związków cokolwiek mniej formalnych), a pierwsze urodziło się, gdy on sam był zaledwie czternastolatkiem. Później przyznawał, że to za wcześnie, by zostać ojcem, ale mimo wszystko nigdy tego nie żałował.

To Burke'owi przypisuje się stworzenie terminu „soul music”. Nazwa ta pojawiła się poniekąd w wyniku głębokiej wiary artysty. Burke był utalentowanym muzykiem gospel i gdy przebił się do mainstreamu, podpisał kontrakt z wytwórnią Atlantic – na początku lat 60. słynącą także z wydawania czołówki muzyków rhythmandbluesowych. Tu pojawiły się niestety problemy: Burke nie chciał być kojarzony z tą sceną – przede wszystkim dlatego, że Kościół nazywał R&B diabelską muzyką. Wreszcie wytwórnia zdecydowała się promować go jako muzyka soul, wykorzystując słowa samego artysty, który w jednym z wywiadów miał powiedzieć: „I want to be a soul singer”, mając oczywiście na myśli śpiewanie z głębi duszy.
Chwyciło. I to szybko. Burke zrobił natychmiastową karierę, łącząc w swoich piosenkach elementy R&B, country, rocka i muzyki gospel. W 1963 roku łasy na zaszczyty Solomon zgodził się na „oficjalną” koronację na króla Rock'n'Soulu. W listopadzie odbyła się specjalna uroczystość w Royale Theatre (jakżeby inaczej) w Baltimore, a Burke otrzymał nawet królewskie parafernalia. Co ciekawe, wzbudziło to zazdrość m.in. Jamesa Browna, który dwa lata później – uważając, że królewski tytuł należy się właśnie jemu – zaprosił Burke'a do udziału w koncercie. Solomon miał (za 7500 dolarów) przekazać Brownowi królewskie zaszczyty. Jak sam wspominał, kasę przyjął, ale oddania regaliów odmówił. Tak dorośli faceci robili muzykę w latach 60.
Pewny swego Burke nawet nagranej w 1967 roku płycie nadał tytuł „King Solomon” – do końca życia uważał, że królewskie miano do niego pasowało. W porównaniu z tym tytuł „Rock'n'Soul” – bo pora wreszcie parę zdań o tej płycie napisać – wydaje się wręcz zawstydzająco skromny. Rockowej energii co prawda tu niewiele, ale doskonale słychać, o co chodziło Burke'owi, gdy nazywał swoją muzykę soulem. Mocno osadzona w tradycji, a jednak zdecydowanie ponad nią wyrastająca – dla Solomona była szansą, by udowodnić swoje wokalne możliwości. Jego głos jest zarówno chropawy, jak i miękki, uwodzicielski i zdystansowany jednocześnie. Burke – nieważne, czy śpiewa własne kompozycje, czy bierze na warsztat „Hard Ain't It Hard” Woody'ego Guthriego – brzmi tak, jakby poza muzyką nic się dla niego nie liczyło. „Rock'n'Soul” arcydziełem nie jest, ale pokazuje, że James Brown rzeczywiście mógł czuć się zazdrosny. To że po latach znamy raczej jego dokonania, a nie Burke'a, to kwestia raczej konsekwetnie budowanej i kariery i całej masy energii włożonej w podtrzymywanie zainteresowania fanów i mediów. Burke, choć jak już wspominałem kariery nigdy nie porzucił, zajmował się także milionem innych spraw (nie tylko płodzeniem kolejnych dzieci). Był przedsiębiorcą pogrzebowym, właścicielem firmy wynajmującej limuzyny oraz firmy sprzedającej fast food na koncertach i imprezach sportowych (specjalnie stworzył swoją własne marki: Soul Dogs oraz Soul Corn – smacznego). Może także dzięki temu przez całą karierę zachował finansową niezależność, mógł zmieniać wytwórnie i współpracowników niespecjalnie martwiąc się o sprzedaż płyt i singli. Bo choć „Rock'n'Soul” jest monumentem szczytowej kariery Burke'a, w drugiej połowie lat 60. popularność muzyka zaczęła spadać. Musiał nieco ustąpić miejsca innym utalentowanym artystom, m.in. Arethcie Franklin. Spore grono wiernych fanów jednak miał przez cały czas – to zasługa także jego niebywałego talentu aktorskiego, z którego korzystał nie tylko na scenie, ale także podczas kazań, które przez wiele lat wygłaszał w stworzonym przez siebie kościele Prayer Assembly Church of God in Christ. Podobno kazał siadając na wielkim purpurowym tronie. Królewskie przyzwyczajenia najwyraźniej nie przeszkadzały mu służyć bogu.

1 komentarz:

  1. No przynajmniej ilości dzieci trzeba mu pozazdrościc.

    OdpowiedzUsuń