czwartek, 3 stycznia 2013

45. Belgijski wieczór

ENREGISTREMENT PUBLIC A L'OLYMPIA 1964
Jacques Brel
Barclay
1964
*****

Na początek mała dygresja: po czym można poznać, że listę 1001 płyt układali dziennikarze ze Stanów? Otóż spośród całego bogactwa francuskojęzycznych chansons wybrali zaledwie dwie płyty. Jedną Jacques'a Brela i jedną Serge'a Gainsbourga. Nie znaleźli tu uznania tacy artyści jak Edith Piaf (jedną ze swoich najsłynniejszych piosenek „Non, je ne regrette rien” nagrała w 1960 roku), Charles Aznavour czy Georges Brassens. Ja sam do ich twórczości miałem dotychczas stosunek, powiedziałbym, uprzejmy, ale chłodny: raczej szacunek niż zachwyt. Koncertowa płyta Brela tego nie zmieni. Po prostu – to nie moja bajka, choć rzecz jasna sceniczna forma belgijskiego piosenkarza robi olbrzymie wrażenie.

„Enregistrement Public a l'Olympia 1964” to drugi koncertowy album w dorobku Brela, nagrany zaledwie trzy lata po pierwszym, także zarejestrowanym w paryskiej Olympii. Pierwszy był równie udany, co drugi, ale zdecydowanie brakowało mu jednego ważnego elementu: kapitalnego utworu „Amsterdam”. Hymn poświęcony amsterdamskiemu portowi otwiera koncert z 1964 roku i właściwie na tym ów występ mógłby się dla mnie zakończyć. Żadna z zaśpiewanych potem przez Brela piosenek nie ma już takiej siły rażenia. Swoje wersje „Amsterdamu” nagrywali później m.in. David Bowie i The Dresden Dolls, na polski tekst przetłumaczył Wojciech Młynarski, ale oryginał okazał się niepowtarzalny. „Amsterdam” jest dal mnie jedną z najpiękniejszych piosenek, jakie dali światu francuskojęzyczni szansoniści.

No, ale paryski występ Brela na tym się nie kończy. I trzeba powiedzieć uczciwie – ten koncert ma magiczną atmosferę. Brel był także świetnym aktorem i słychać (szkoda, że nie widać!), jak steruje emocjami publiczności, jak stopniuje napięcie, jak doskonale wyreżyserowany jest ten występ. Nic dziwnego, że słuchacze uwielbiali go na całym świecie. Był jednym z nielicznych artystów frankofońskich, którzy zdobyli popularność w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Ale i po drugiej stronie żelaznej kurtyny cieszył się mirem i szacunkiem – w 1965 roku odbył m.in. pięciotygodniowe tournée po Związku Radzieckim, z czego tydzień spędził grając codziennie koncerty w Moskwie. A gdy w 1966 roku zdecydował się na zakończenie estradowej kariery, każd z koncertów przyciągał tłumy wielbicieli – od Carnegie Hall, przez Royal Albert Hall. po Olympię, gdzie z francuskimi fanami żegnał się przez trzy tygodnie. Ostatni z jego paryskich koncertów przeszedł do historii m.in. dlatego, że publiczność po zakończeniu występu wywoływała go na scenę siedem razy.

A na zakończenie jeszcze parę liczb. Brel, mogłoby się wydawać, był najpopularniejszym muzykiem z Belgii. Prawda? Nie. I nie chodzi wyłącznie o to, że pewnie większość słuchaczy mylnie powiedziałoby, że był Francuzem. I nie dlatego, że – niewielka, miejmy nadzieję – część nad twórczość Brela przedkłada dokonania Technotronic („Pump up the jam/ pump it up/ while your feet are stomping/ and the jam is pumping/ look ahead the crowd is jumpin'”). Nie, nie i jeszcze raz nie. Tu chodzi o popularność mierzoną gotówką. A Brel nie okazał się wcale najlepiej sprzedającym się artystą w historii belgijskiej muzyki. Ten zaszczyt wziął na siebie Salvatore Adamo, którego długo musiałem przywoływać z otchłani pamięci. A jak już przypomniałem sobie jakąś jego piosenkę, to okazało się, że błędnie. Szukałem dalej i teraz podpowiadam: wpiszcie w YouTubie hasło „Tombe la neige” – to najbardziej znany numer Adamo. Z ok. 25 milionami sprzedanych płyt Brel pośród bestsellerowych belgijskich artystów zajmuje miejsce dopiero trzecie. Wyprzedził go jeszcze Frederic Francois. Jeśli to kogokolwiek interesuje, Technotronic na tej liście zajmuje miejsce 9.

1 komentarz:

  1. Pewnie Amerykanie nie polubili Brassensa bo nie mieli Zespołu Reprezentacyjnego, żeby im ładnie śpiewał o królu w ich własnym języku.

    OdpowiedzUsuń